Heymann Arzt urodził się w Trzemesznie w 1866 roku. Jako 16-latek, 27 września 1882 roku wyjechał do Berlina w poszukiwaniu pracy. Wrócił na krótką rekonwalescencje, dla podratowania zdrowia do rodzinnego domu. Przebywał w Trzemesznie od 2 maja do 26 sierpnia 1888 roku. Następnie wyjechał do Berlina dnia 26 sierpnia i przebywał tam do 30 września 1888 roku, a stamtąd przeniósł się do Nordhausen (za pracą) – od 30 września 1888 roku do 1 stycznia 1889 roku. I te pół roku 1888 do 1889 opisuje w przetłumaczonej tu części drugiej.
Część pierwszą pamiętnika znajdziecie tu
Oryginalny pamiętnik został przekazany do Muzeum Żydowskiego w Berlinie. Wnuk Heymanna Fritz Philippsborn przetłumaczył go z niemieckiego na angielski. Prezentowany niżej tekst jest tłumaczeniem angielskiej wersji pamiętnika, które wykonała Weronika Pietz. Całość angielskiego tłumaczenia to 180 stron maszynopisu. Pamiętnik obejmuje również późniejszy okres życia Heymanna, po wyjeździe z Trzemeszna, który nastąpił z braku możliwości finansowania dalszej nauki Heymanna w gimnazjum w Gnieźnie i konieczności podjęcia przez niego pracy w Berlinie.
Wspomnienia i Pamiętnik
Heymanna Arzta
Urodzony w Trzemesznie, 5 stycznia 1866 r.
Zmarł w Berlinie, 13 marca 1931 r.
Berlin, 8 kwietnia 1889 r.
Dopiero dziś udało mi się uzupełnić wielką lukę, której pozwoliłem się pojawić w spisywaniu moich doświadczeń. Pół roku minęło od czasu, gdy odłożyłem pióro, a jednak mogę stwierdzić bez wyolbrzymiania, że te pół roku, które właśnie się skończyło, przyniosło mi nie mniej cierpień niż cały okres mojego poprzedniego życia. To wszystko wydaje się dla mnie być złym, paskudnym snem, poza tym, że kiedy mówi się o koszmarze, można przynajmniej cieszyć się tym, że stawiło się mu czoła i został on bezpiecznie w przeszłości, podczas gdy ja wciąż jestem pośród walki i burzy. Dotychczas nie miałem wielu przyjemności. W rzeczywistości zawsze byłem czymś w rodzaju urodzonego nieudacznika, ale to, przez co przeszedłem w ostatnich kilku miesiącach, to naprawdę było za dużo.
Będę starał się podchodzić do wszystkiego tak obiektywnie, jak to tylko możliwe. Mówię „tak obiektywnie, jak to tylko możliwe”, ponieważ uważam, że nikt nie może być całkowicie obiektywny w opowiadaniu o swoich własnych doświadczeniach. Mimo to, chcę usunąć się z linii ognia, aby opisać ten okres tak, jakbym mówił o zupełnie obcej osobie. To jedyny sposób, w jaki pamiętnik może osiągnąć wartość, która mu się należy. W przeciwnym razie, jeśli ktoś weźmie pióro do ręki jako optymista lub pesymista, obraz jego życia nabiera niewłaściwego zabarwienia i traci swoją wartość. Nikt, kto podejmuje się pisania pamiętnika, nie powinien żywić żadnych złudzeń, takich jak przedstawianie rzeczy przez różowe okulary, ani nie malować wszystkiego w zbyt niepochlebnie. N ogół skłamanymi się ku temu pierwszemu, ponieważ z reguły ma się lepszą pamięć dla przeszłych radości i malowania wszystko w lepszym świetle; stąd ciągłe rozmowy o „starych dobrych czasach”. Tak więc moim hasłem przewodnim będzie: „Bądź szczery wobec siebie”.
Jak już wcześniej wspomniałem, wyjechałem z Trzemeszna 26 sierpnia 1888 roku, o drugiej po południu. Miesiące odpoczynku nie wzmocniły mnie tak bardzo, jak miałem nadzieję. Jednak kaszel całkowicie ustąpił i czułem się całkiem dobrze. Moje policzki ledwie się wypełniły, ale jak wszyscy później zapewniali, miałem zdrową cerę. Co więcej, nie goliłem się podczas całego pobytu w Trzemesznie, ponieważ zbyt ceniłem swoją twarz, aby by powierzać ją opiece lokalnego fryzjera, a więc mój wygląd bardziej przypominał zwolnionego z więzienia przestępcę lub polskiego Żyda niż cywilizowanego człowieka; taki, z którego nawet ja nie mogłem być dumny. Dlatego też, kiedy przybyłem o 12 na Dworzec Alexandra w Berlinie, zostałem radośnie powitany przez Alberta, Hermanna, Mosesa Abrahama i Gustava Rothmanna i jednocześnie został poinformowany, że z tą brodą, szczególnie u Abrahama, nie zostanę wpuszczony dalej niż do kuchni, i żeby szybko usunąć ją nożyczkami u najbliższego dostępnego fryzjera.
Śmiejąc się i żartując przez całą drogę dotarliśmy do mieszkania na Strassburger Str. 4, czwarte piętro, u wdowy Knoll, i.., umówiwszy się na spotkanie u Abrahama następnego dnia, moi koledzy wyszli. Tego wieczoru ja i moim bracia nie spaliśmy do godziny trzeciej; musiałem zdać sprawę ze wszystkiego i wysłuchać ich sprawozdań, i zanim się zorientowaliśmy, zrobiło się już całkiem późno. To, co miałem im do powiedzenia, nie było zbyt radosne, warunki w domu rodzinnym były wręcz żałosne, ale mówiłem o tym już wcześniej i nie chcę tego tutaj powtarzać. Dzień, w którym nasz ojczym wszedł do naszego domu był dniem zagłady, a mama ma całkowitą rację, twierdząc, że znała tylko potrzebę i niedostatek, pracę i nieszczęście, od dnia swojego drugiego ślubu. Nie chcę całkowicie dyskredytować jego skłonności do pracy – lokalne warunki mogą zniechęcić nawet najbardziej energicznych – ale jedną rzecz mogę powiedzieć bez obawy o przesadę: on nigdy nie wykazywał wielkiego entuzjazmu do pracy; wolałby spać i jeść; przy czym to pierwsze zawsze było najważniejsze. Dodając do tego fakt, że nie ma najmniejszej zdolności do prowadzenia biznesu w profesjonalny sposób, a ponadto ma tylko powierzchowną znajomość zawodu, który powinien opanować, t.z. krawiectwa. Dość! Denerwuję się za każdym razem, gdy myślę o tym człowieku; nigdy więcej nie spotkałam osoby tak pozbawionej energii, zniewieściałej i niechętnej do pracy.
Następnego dnia rano, 27 sierpnia, jak tylko Albert i Herman wyszli do pracy, wstałam, ubrałem się i porozmawiałem z właścicielką mieszkania o mojej stancji. Od nasza poprzednia gospodyni, pani Fahlisch wyjechała z mężem i dzieckiem do Szwecji (Sundswall), aby być ze swoimi krewnymi, moi bracia, podczas mojej nieobecności, przeprowadzili się z Diedenhofeuerstr. 4, parter, do naszego obecnego mieszkania; jednak z powodu pewnych drobnych niedogodności, zdążyli już złożyć wypowiedzenie, ufając, że to ja znajdę mieszkanie. Wyprostowałem jednak wszystko i uspokoiłem Panią Knoll, która nie przepadała za moimi braćmi – nie będę oceniać meritum tej sprawy – ale uważam, że nie są oni najbardziej pożądanymi czy rozważnymi lokatorami.
Załatwiwszy tę sprawę, zabrałem się do fryzjera, aby ponownie stać się porządnie wyglądającym obywatelem. Moja broda, jeśli mogę się tak odnieść do krzewów otaczających moją twarz, padła pod naporem bezlitosnych nożyczek, a ja opuściłem barbera szczęśliwie i w wesołym nastroju. Przez długi czas nie czułem się tak radosny jak tego ranka, i kto wie, kiedy nadejdzie czas, żebym poczuł podobne szczęście; świat zdawał się uśmiechać do mnie, zapomniałem o wszystkich moich zwykłych troskach i czerpałem przyjemność z pięknego miasta Berlina. O tak, Berlin jest piękny, zwłaszcza gdy można gdy można po nim spacerować, z lekkim sercem, przez dobrze wymiecione ulice, podziwiając wszystkie widoki do woli, włócząc się po nich bez celu gdziekolwiek fantazja lub oko cię poprowadzi. Stolica wydaje się szczególnie wspaniała, gdy na bezchmurnym niebie góruje nad nią słońce; wtedy, przez kilka krótkich chwil, można cieszyć się swoim egzystencją i zapomnieć o wszystkich kłopotach, pracy i troskach. W tym dniu wszystko było tak czyste, ulice wydawały się przyodziać świąteczne szaty i kiedy wkrótce potem, na poczcie w Schwedter-Str. odebrałam list od mojej uroczej, anonimowej Evy, zawierający powitanie w pięknym Berlinie, moje szczęście i beztroska nie miały sobie równych.
Tuż po lunchu odwiedziłem Abrahama, gdzież indziej powinienem był pójść? Tam, w ciągu ostatnich dwóch spędziłem wiele przyjemnych, relaksujących i stymulujących godzin, i z czasem przywiązałem się do mieszkańców, jakby byli moimi najbliższymi krewnymi. Tak jak się spodziewałem, przyjęto mnie z przyjaźnią i życzliwością. Wkrótce siedziałem wśród dziewcząt, jak za dawnych czasów, a dziesięć minut później moja długa nieobecność została puszczona w niepamięć. Następne godziny upłynęły na rozmowach i żartach. Na Święta Noworocznego, które odbyło się 6 września, byłem, pomimo moich protestów, gościem rodziny dwa wieczory z rzędu, a ponieważ nie miałem nic innego do roboty, spędziłem nie tylko wieczory, ale i wiele popołudni w ich towarzystwie, zapominając w tych przyjemnych godzinach o wszystkim, co zwykle zatruwało moją codzienność.
Tak się złożyło, że znalezienie pracy okazało się trudniejsze niż myślałem. Biegałem w kółko dzień po dniu, nie znajdując niczego odpowiedniego, a moja nadzieja na znalezienie posady do pierwszego października, spadła prawie do zera. Liczba i podaż pracowników, szczególnie tutaj w Berlinie, jest naprawdę ogromna, aż trudno to opisać, i jeśli ktoś nie był świadkiem tej pospiesznej pogoni za chlebem, nie możne sobie wyobrazić nędzy jaka panuje w tym mieście. Z pewnością nie wyolbrzymiam szacując, że na ogłoszenie w mojej dziedzinie, handlu tekstyliami, odpowiada co najmniej pięćdziesiąt osób; w rzeczywistości, pewnego dnia, kiedy poszedłem do hotelu przy Heiligengeist-Str., aby ubiegać się o pracę, która została ogłoszona w Vossische Zeitung przez handlowca ze Stuttgartu, jeśli mnie pamięć nie myli, zastałem już tak wielu młodych ludzi zgromadzonych przy wejściu do hotelu, że w pierwszej chwili pomyślałem, że mam do czynienia z zamieszkami. Dopiero całkowicie wypełniony korytarz i schody uświadomiły mi, że wszystkich tych ludzi przywiódł ich ten sam cel, co mnie. Wyszedłem natychmiast, nie tracąc ani chwili, ale kiedy wróciłem godzinę później, zastałem już opróżniony korytarz, chociaż schody wciąż były pełne. Zrezygnowałem więc z tej rozmowy.
Tak naprawdę, nie można winić pracodawców w tych okolicznościach, kiedy próbują w zatrudnić urzędnika za 60 marek miesięcznie lub nawet mniej i takiego, który jest gotów zgodzić się na wszystkie możliwe warunki. Mogą dostać, co tylko zechcą. Kiedy młody człowiek biega bez pracy od kilku tygodni i wykorzystał to, co wcześniej zaoszczędził lub otrzymał od rodziny, chętnie podejmie każdą pracę; będzie pracował chociażby za jedzenie, bo głód jest bolesny, bardzo bolesny. Czy pensja w wysokości 60 marek miesięcznie wystarczy na coś więcej niż tylko codzienne utrzymanie? Bez względu na to, jak oszczędnie ktoś żyje, kwota ta nie pozwala na żadne luksusy.
Rano 18 września, przeczytałem ogłoszenie w Vossische Zeitung, firmy Heilbrun & Tannenbaum, Post-Str., która szukała młodego człowieka do pracy poza miastem z dobrym wynagrodzeniem. Poszedłem tam, aby się przedstawić, a fakt, że pracowałem wcześniej dla Izraela, zrobił na panie Heilbrunu takie wrażenie, że natychmiast zamknął drzwi przed nosem wszystkich młodych ludzi, którzy złożyli podanie w tym samym czasie. Zatrzymał moją rekomendację, mówiąc mi, że natychmiast napisze do swojego brata w Nordhausen a/H. i wyśle mu ją. W tym czasie, powinienem przynieść mu moje zdjęcie i wrócić pojutrze po odpowiedź. Jednak pan Heilbrun wcale się nie śpieszył; musiałem odbyć podróż do niego wiele razy, zanim otrzymałem moją rekomendację i fotografię z powrotem, z uwagą, że powinienem tam napisać sam.
Nie byłem skłonny tego zrobić, zwłaszcza, że uznałem to ze to dla pana Heilburna pretekst, by się mnie pozbyć. Jednakże, następnego dnia, 21 września, znudzony, napisałem do Nordhausen, nie mając żadnych złudzeń ani nadziei na otrzymanie pracy. 24 września otrzymałem wreszcie wiadomość, że pan Heilbrun byłby skłonny zatrudnić mnie na tych warunkach: 500 mark na rok, plus pokój i wyżywienie. Jeśli uznam je za korzystne, mógłbym rozpocząć pracę natychmiast i poinformować ich o tym telegraficznie. Nie miałem wielkiego wyboru. Czy powinienem był bezczynnie kręcić się po Berlinie z wątpliwymi szansami na znalezienie czegoś lepszego? Tutaj zaoferowano mi stanowisko na dobrych, choć nie najlepszych warunkach oraz z dobrymi perspektywami na przyszłość. Brat pana Heilbruna, partner w firmie Heilbrun & Tannenbaum, powiedział mi, że mieszkałbym z rodziną i będę traktowany jak jej członek. Co więcej, byłbym ich głównym sprzedawcą, zastępcą prezesa i generalnie pracowałbym tylko z najlepszymi klientami. Sam szef, w odpowiedzi na moje uwagi dotyczące zarobków, napisał, że otrzymam wcześniejsze podwyżki proporcjonalnie do moich wyników.
Tak więc stanowisko wyglądało bardzo atrakcyjnie, a co najważniejsze, uważałem, że dłuższy pobyt w górach Harz poprawiłby i wzmocnił moje zdrowie; czułem, że mój kaszel, który powoli zdawał się wracać, zniknąłby na zawsze pod wpływem leczniczego działania górskiego powietrza. Wciąż jednak wahałem się, czy podjąć ostateczną decyzję, i dopiero gdy stary pan Abraham, który poprosiłem o radę, powiedział mi, żebym przyjął pracę. Około południa tego dnia, poinformowałem telegraficznie pracodawcę, że z wdzięcznością się zgadzam. Tak więc zostałem zatrudniony przez Moritza Heilbruna, Nordhausen a/H., Rauten Str.14, ale moje nowe stanowisko miałem rozpocząć dopiero pod koniec miesiąca; miałem więc zamiar nacieszyć się ostatnimi momentami (hilt?).
W tym właśnie czasie, moja anonimowa korespondencja dobiegła nagłego końca. Pewnego dnia, otrzymałem wiadomość, że mója nieznana rozmówczyni zaręczyła się wcześniej niż się spodziewałem. Wygląda na to, że podczas podróży do łaźni w Oynhausen, pewien gentelman wszedł do jej przedziału pociągu kilka stacji za Berlinem. Początkowo był bardzo powściągliwy, ale w końcu włączył się do rozmowy i przedstawił się jako rządowy mistrz murarski, który był w drodze do Hanoweru, aby zabrać swoją chorą matkę do tego samego sanatorium. Tam oczywiście budowniczy i Ewa często się spotykali, a osiem dni później ogłosili swoje zaręczyny! Napisała mi, że pokazała naszą korespondencję swojemu narzeczonemu i że pozwolił jej przyjąć ode mnie ostatni list pożegnalny; dziękowała mi za przyjemne godziny rozrywki, jakie miała z mojej korespondencji, mając nadzieję, że wkrótce znajdę zastępstwo. Było mi naprawdę przykro z powodu tego nagłego zakończenia mojej romantycznej korespondencji; jej kontynuacja znaczyłaby dla mnie wiele, ale… nie było to możliwe! Odpowiedziałem jej po raz ostatni, prosząc o przesłanie obiecanego zdjęcia, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Ta wymiana pozostaje jednym z moich ulubionych wspomnień z młodości; było to bardzo czasochłonne, lecz również przyjemne i pobudzające.
Dzień mojego wyjazdu był powoli się zbliżał. Wykorzystałem większość pozostałego mi czasu na pożegnalne wizyty, z których żadna nie sprawiła mi większego bólu. Podczas mojego pobytu w Berlinie udało mi się co prawda dość często udzielać towarzysko, ale niestety nie posiadam przysposobienia pozwalającego na trwałe przywiązanie. Zawsze, gdy odwiedzam ludzi, jestem dość popularny, ale nie wydaje mi się, aby ktoś tęsknił za moim towarzystwem, gdy jestem nieobecny dłuższy czas. Moi znajomi wydają się być zadowoleni, kiedy przychodzę z wizytą; w rzeczywistości wydaje mi się, że jest im przykro kiedy ich opuszczam, ale nie udało mi się zostawić na nikim trwałego wrażenia. Cóż, nigdy nie jest za późno.
29 września byłem gotowy do wyjazdu; wszystko, co trzeba było zrobić lub załatwić, zostało załatwione, więc mogłem tego wieczoru pożegnać się z moimi najwierniejszymi przyjaciółmi, z którymi miałem do czynienia, rodziną Abrahamów. Tym razem rozstanie z nimi nie było tak trudne, jak w maju, kiedy wyjechałem do domu na kilka miesięcy. Wówczas, pomimo wszelkich starań, odchodzenie wywołało łzy w moich oczach; byłem zły, że nie potrafiłem ich stłumić. Tym razem również musiałem się natrudzić, ale jednak było trochę łatwiej, zwłaszcza że musiałam się bardziej kontrolować w obecności panny Wagner, a także Moritza Cohn, Maxa Manasse i Gustava Rothmana.
Tuż przed wyjściem dziewczęta wręczyły mi czerwony dzbanek i pasującą do niego szklankę; miałem pić z nich moje piwo codziennie przy obiedzie i kolacji, z myślą o nich. Odchodzenie od tych ludzi, których lubię, jak gdyby byli moją rodziną, było szczególnie ciepłe i zostałem obsypany najserdeczniejszymi życzeniami. Następnego ranka, 30 września, o godzinie 9:10, wyjechałem ze stacji Anhalter, eskortowany przez Alberta i Mosesa Abrahama. Bóg wie, że tym razem nie opuszczałem Berlina z radością, lecz z czystej konieczności. Pod ponurym niebem opuściłem stolicę, z mrokiem w sercu, i w ponurą przyszłość. Stawiłem jej czoła z dużymi oczekiwaniami i wzmocnioną siłą woli, i nawet jeśli nie wszystko potoczyło się wedle mojej myśli, to pociesza mnie fakt iż to co się stało, musiało się stać i nie stało się z mojej winy.
Wciśnięty do przedziału 4 klasy, rozpoczęłam swoją podróż. W sąsiednim wagonie, w 3 klasie, siedziała panna Wagner, była guwernantka córek Abrahamów z czasów, gdy jeszcze mieszkali w (AltCarbe), kobieta o niezwykłym wykształceniu, którą bardzo szanowałem za jej znaczną erudycję. Spędziliśmy razem część drogi, ponieważ po przejechaniu dwóch lub trzech przystanków konduktor dał mi pozwolenie na podróżowanie w jej wagonie. Rozmawialiśmy o tym i owym, a czas płynął szybko i dopiero około 12 rozstaliśmy się; jeśli dobrze pamiętam, wyszła z pociągu w Wittenberdze i tam przesiadła się do Dessau, aby odwiedzić swoją matkę. Reszta podróży minęła spokojnie i bez większych problemów. Byłem oczarowany krajobrazem od Halle; nigdy nie widziałem nic tak pięknego i rozkoszowałem się pięknem wsi. Nigdy więcej nie widziałam czegoś choćby w przybliżeniu tak pięknego – Thuringia to perła stworzenia i nikt, kto ma takie możliwości, nie powinien odmówić sobie podziwiania tego wspaniałego kawałka natury.
O 16:48 dotarłem do Nordhausen. Myślałem, że ktoś mnie tam przyjmie i na wszelki wypadek pojechałem 3. klasą z Sangerhausen, ale to założenie okazało się bezpodstawne, gdyż na miejscu nie zastałem żywej duszy, która by mnie oczekiwała. Tak więc, po złożeniu kufra w luku bagażowym, mogłem wyruszyć do miasta, mojej przyszłej sfery działalności. Po raz kolejny, gdy stawiałem pierwsze kroki na nieznanym terenie, niebo było ponure; trochę padało i musiałem użyć mojej parasolki. A ja tak uwielbiam czyste, błękitne niebo!
Jednak pierwsze wrażenie, jakie odniosłem z miasteczka „Schnapsbrenner” było całkiem dobre. Pierwszą ulicą, którą przemierzyłem była Bahnhofstrasse, której duża ilość nowych domów w nowoczesnym stylu nadawała wielkomiejskiego charakter. Koniec ulicy, jednakże, przystopował mój entuzjazm. Tam zaczynało się prawdziwe Nordhausen: stare, obdrapane budynki, kiepskie nawierzchnie, a w dodatku fatalna pogoda.
Miałem już zawrócić, kiedy zobaczyłem znak „M. G. Heilbrun”. Zdziwiłem się. W swoim liście, mój szef nazywał się po prostu Moritzem Heilbrunem i nie podał dokładnego adresu. Założyłem, że było to miejscu, do którego miałem dotrzeć, tym bardziej, że w małym oknie wystawione widniały tekstylia. Przez chwilę zastanawiam się, czy powinienem wejść do tej dziury… jeszcze nie, postanowiłem przejść się trochę dalej. Po dotarciu do rogu ul. Bahnhofstr. myślę sobie: dlaczego nie zapytam, gdzie mieszka ten „Moritz” Heilbrun; to nie może zaszkodzić. Na rogu, przed sklepem spożywczym stał młody człowiek i zaszczyciłem go swoją prośbą. Nie wiem, czy ten osobnik był naprawdę tak głupi, czy tylko udawał; na początku zdawał się nie wiedzieć, o co chodzi, i dopiero gdy dwa razy zadałem mu to samo pytanie odpowiedział: „Cóż, jest tak wiele Heilbrunów w tym mieście”. Zamierzałem spróbować szczęścia gdzie indziej, ponieważ uważałem, że nie jest całkiem zdrowego umysłu, kiedy – prawdopodobnie domyśliwszy się co mi chodziło po głowie – otrząsnął się i z ochotą zaoferował zajrzenie do informatora. Informator w Nordhausen! Ta wiadomość sprawiła, że odzyskałem trochę szacunku do tego miasta, po tym jak wystawiłem mu tak nieprzychylną oceną. Później okazało się, że była ona całkowicie bezpodstawna.
Po chwili czekania przed sklepem, mój bohater pojawił się z czerwoną broszurą. Gdybym zaczekał, aż sam znajdzie adres, prawdopodobnie stał bym tam do teraz. Tak więc, uprzejmie przejąwszy inicjatywę, sam znalazłem to czego szukałem: mój Moritz Heilbrun mieszkał przy Rauten-Str. 14, a więc nie był to ten przykry zakład, który początkowo uważałem za moje przyszłe więzienie. Dotarcie na Rauten-Str. okazało się łatwiejsze do powiedzenia niż zrobienia. Nordhausen, jak wiadomo, położone jest na wzgórzu, a równa ulica jest tam samo rzadka jak pagórkowata w Berlinie. Albo idzie się pod górę, albo stromo w dół, a ponieważ ludzie nie zawsze mogą sobie z tym poradzić, w wielu miejscach znajdują się drewniane schody dla pieszych, które często mają aż dziewięćdziesiąt stopni. Jeśli ktoś jest spragniony górskiego powietrza bez konieczności długiej wędrówki w głąb lasu, wystarczy wystarczy, że dwa lub trzy razy dziennie przejdzie się po tych schodach.
Rauten-Str. okazała się być właśnie taką stromą ulicą, która, oprócz wszystkich nędznych atrybutów, jakie może mieć ulica, charakteryzowała się również okropnym brukiem. W porównaniu z nią nawet tutejszy nowy rynek jest wyłożony parkietem. Owszem, od połowy drogi, na górę prowadzą schody, o czym nie wiedziałem, gdy zaczynałem swoją wspinaczkę. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak można tyle, i to tak ważnych, biznesów ulokować na takiej ulicy, a moje zdumienie było jeszcze większe, gdy dowiedziałem się, że to najruchliwsza ulica Nordhausen.
Dopiero po wspięciu się przez dłuższy czas, na krótkim odcinku staje się w miarę szeroka, co jest punktem kulminacyjnym całej wycieczki. Duże sklepy z dużymi, dobrze wykończonymi witrynami, szczególnie po lewej stronie, przykuwają wzrok przechodniów i nie można im odmówić wielkomiejskiej atmosfery. Jedno z pierwszych okien po tej stronie należało do firmy Moritz Heilbrun. Najpierw zapoznałem się z dekoracjami okiennymi, które tego dnia pozostawiały wiele do życzenia, a następnie wszedłem do sklepu. Duży, przestronny zakład, który w tej chwili nie był jeszcze szczególnie zaludniony, zdobył moją niepodzielną uwagę. Wzdłuż prawej strony siedziało kilka pań, które oglądały materiały na suknie, a w ich towarzystwie siedział starszy pan, który natychmiast przywitał mnie z największą życzliwością: okazało się, że to mój nowy pracodawca, pan Moritz Heilbrun, we własnej osobie. Mężczyzna w wieku około czterdziestu lat, z lekkim podbrzuszem i dość przyjaznym obliczem; głowa, tzn. jej czubek, zdawała się wchodziła w fazę pełni księżyca – duża łysina była już bardzo widoczna.
Ponieważ był w tej chwili zajęty, wszedłem głębiej, gdzie spotkałem kobietę, którą uznałem za żonę właściciela i tak się do niej zwróciłem. Wyniosła, brzydka wiedźma, która przyjęła moje przywitanie z filozoficznym, godnym podziwu spokojem. Wygląda atak obojętnie, jakby ktoś zaproponował jej szklankę wody. Teraz mój pracodawca zawołał praktykanta, żeby pokazał mi mój pokój, w którym mogłam zostawić swoje rzeczy. Poprowadził mnie bocznymi drzwiami przez podwórko do budynku na tyłach, gdzie mieszkał personel. Strome schody w fatalnym stanie – którą nazwał bym prędzej kurzą grzędą – prowadziły na drugie piętro, parter zajmowały stajnie i tzw. pralnia. Biorąc pod uwagę wejście do mojego przyszłego mieszkania, nie było sensu fantazjować o czekającym na mnie eleganckim salonie. Miałem jednak nadzieję, że przynajmniej zostanę uraczony małym, przyzwoicie, choć prosto, umeblowanym pokojem, który będę mógł później przyjemnie udekorować.
Jednak to, co spotkało moje oczy, nie nadaje się do opisania, a ja wciąż jestem zaskoczony, że nie zawróciłem w tamtym momencie, aby poprosić Heilbruna o zwolnienie z pracy. Mogłem to w końcu zrobić, ale gdzież mógłbym się zwrócić? Nie miałem pieniędzy, a wstydziłbym się powrócić do Berlina tego samego dnia bez grosza przy duszy. Wyjechałem przecież do Nordhausen z tak wielkimi nadziejami i oczekiwaniami, które wyrażałem na każdym kroku, a teraz mam wszystko porzucić, nawet nie zaczynając pracy? Moja duma nie pozwoliła na to, więc zacisnąłem zęby i pomaszerowałem do walki.
Po dotarciu na drugie piętro, najpierw zastałem izbę z małym oknem, mniej więcej na wysokości oczu, zawierająca łóżko, które, jak poinformował mnie praktykant, który przedstawił się jako pan Krempler, należało do chłopca na posyłki. Dwa stopnie prowadziły do paskudnych drzwi, przez które można było wejść do mojego kwatery, która miała stać się moim domem na najbliższą przyszłość. W pierwszej chwili pomyślałem, że czeladnik postradał zmysły, gdy przedstawił pokój, który moim oczom ukazał się jako moje przyszłe miejsce zamieszkania. Nie rozumiałem jak pokój, który wyglądał, jakby dopiero co został odwiedzony przez wandali, miał służyć za miejsce zamieszkania cywilizowanego człowieka, który miał zajmować w tym domu tak podrzędną pozycję! Na prawo od wejścia do pokoju z uszkodzonymi oknami, którym brakowała kilku szyb, leżała sterta zaprawy, a także cegieł, bloków itp., które prawdopodobnie kiedyś zagrzewały miejsce na ścianie, gdzie teraz znajdowała się wielka dziura. Otwór ten został wybity ze ściany, tak jakby włamywacze lub podobna szajka użyła tego niezwykłego środka, aby dostać się do środka. W odpowiedzi na moją ciekawość dotyczącą otworu, powiedziano mi, że miejsce to było okupowane przez piec, który został usunięty w ciągu lata. Wątpliwości i pytania dotyczące możliwości wymiany aparatu grzewczego w tym samym