Z archiwum prywatnego Ronalda Philippsborna

Nazywam się Ron Philippsborn. Wraz z rodziną mieszkam w Olimpii w stanie Waszyngton, w USA. Mój pradziadek, Heymann Arzt – ojciec matki mojego ojca – urodził się w Tremessen (Trzemeszno) w 1866 roku. Spisał Pamiętniki i dziennik, które mój ojciec przetłumaczył. Heymann opisuje w nich swoje wczesne lata oraz miasto, w którym dorastał.

W odróżnieniu od wielu żydowskich rodzin z Trzemeszna, rodzina Arzta nie była mocno zakorzeniona w miejscowej społeczności. Według Dziennika, ojciec Heymanna, Nathan, przeprowadził się tam z miejscowości Schubin (Szubin) na początku lat 40. XIX wieku. Sam Heymann wyjechał wraz z rodziną do Berlina w 1888 roku (choć jego siostra oraz brat nie pojechali wtedy z nim). Ta gałęź naszej rodziny w dużej części wyemigrowała z Niemiec w latach 30. XX wieku, uciekając przed nazistami. Moi krewni trafili w najdalsze zakątki globu. Moi rodzice swoje nastoletnie lata spędzili na Dominikanie, tam się pobrali, a w 1948 roku przenieśli się do Stanów Zjednoczonych.

Podczas lektury Pamiętników uderza fakt, jak zwyczajne wydaje się opisane w nich życie Heymanna. Dorasta, radzi sobie ze śmiercią ojca i powtórnym zamążpójściem matki, uczy się w żydowskiej szkole publicznej, zostaje czeladnikiem, nie znosi swojego szefa… a mimo to poczucie „inności” pozostaje silnie zaznaczone. Nathan musiał zdobyć certyfikat tolerancyjny, odnawiany corocznie, by móc się osiedlić w Trzemesznie. Gdy na świat przyszedł Heymann, Żydom nie przysługiwały jeszcze równe prawa obywatelskie; nastąpiło to w Prusach w 1869 roku. Choć mieszkał w pruskim mieście zamieszkałym w dużej części przez Polaków, jego rodzina miała głównie do czynienia z innymi miejscowymi Żydami. Mieszkali tam, chodzili do szkoły, pracowali, robili zakupy, modlili się, obchodzili święta i opłakiwali zmarłych.


Ponoć było to spokojne, zwyczajne miasteczko, w którym żydowska społeczność głównie trzymała się z boku, ale z drugiej strony stanowiła część wspólnoty. Na szczęście nie pojawiają się wzmianki o kłopotach z nieżydowskimi sąsiadami. Co ciekawe, to właśnie w czasie, gdy mieszkał tam Arzt, Tremessen (według Wikipedii) stało się jednym z głównych ośrodków walki o narodowe wyzwolenie, która zaowocowała przejęciem miasta (i zmianą jego nazwy) przez Polskę po I Wojnie Światowej. Fakt, że mój pradziadek o tym nie wspomina, sugeruje, że Żydzi z Tremessen albo woleli się w tę walkę nie mieszać, albo też nie byli świadomi tego, co działo się między ich polskimi i pruskimi sąsiadami. Można chyba jednak założyć, że Polacy, Niemcy oraz Żydzi żyli obok się przez całe dekady, współistnieli i rozwijali się mimo głębokich różnic kulturowych, tożsamościowych oraz aspiracyjnych. To obiecująca historia akceptacji i tolerancji (nawet jeśli najprawdopodobniej trzymali się oddzielnie i przez większość czasu ignorowali inne grupy społeczne).

fot. przedstawiająca Heymanna Arzta z żoną i dziećmi, z archiwum prywatnego Ronalda Philippsborna

To jasne, że Trzemeszno ma wiele ciekawego do opowiedzenia, wraz z przypływami i odpływami historii na przestrzeni wieków. Opowieści związanie z miejscową żydowską społecznością są nie mniej integralną częścią tej historii, co relacje rdzennych Amerykanów i kolejnych fal imigrantów w historii mojego kraju. Cieszy mnie, że podejmowane są wysiłki, by zachować pamięć o nich, zwłaszcza w kontekście szerzej pojętej społeczności, z wszystkimi jej podgrupami. Można tylko mieć nadzieję, że bieżące napięcia polityczne oraz etniczne nie zmniejszą zainteresowania mieszkańców Trzemeszna wszystkimi aspektami fascynującej historii tego miasta, gdzie niegdysiejsi żydowscy sąsiedzi stanowili jego integralną część, i dzięki którym Trzemeszno stało się miejscem, jakim dziś jest. Zachowanie starego cmentarza żydowskiego jako miejsca pamięci historycznej będzie bez wątpienia ważnym krokiem w tym kierunku.

Ron Philippsborn

Tłumaczenie Anna Błasiak

Udostępnij nasz post

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.